I jeszcze jeszcze jedne kwiatki, bo mrozy nieliche ;-)

I jeszcze trochę kwiatków :)

Na dworze taki mróz, że samochód zamarza mi z dwóch stron, więc dla odwrócenia uwagi trochę kwiatków :)

To zdjęcie głowy Buddy chodziło za mną dość długo przed wyjazdem. Jeden z tych kadrów, które trzeba zrobić w swoim podróżniczo-fotograficznym życiu ;-)

Tylko... nie byłam świadoma rozmiarów tego posągu, zawsze wydawało mi się, że jest dość duży (może autosugestia po "Katedrze" Bagińskiego?). A na miejscu okazało się, że to główka wielkości ludzkiej głowy, która utknęła tuż nad ziemią w korzeniach drzewa...

Z ciekawostek: wedle buddyjskich zasad nikt nie może przebywać wyżej niż Budda, więc wszyscy, którzy chcieli zrobić zdjęcie w tym miejscu musieli robić to na kolanach.

Wat Arun -- Świątynia Wschodu Słońca -- moja ulubiona tajska świątynia. W sumie nie wiem, co jest w niej takiego wyjątkowego, ale zrobiła na mnie o wiele większe, a może po prostu kompletnie inne, wrażenie niż reszta. Ma jakiś lekko tajemniczy klimat.

A właśnie w tej chwili przeczytałam, że w zeszłym roku zamknęli ją na 3 lata ze względu na prace konserwatorskie. Czyli Tajlandia 2012 była dobrym wyborem :)

Od czasu do czasu będę sięgać do szuflady. I to jest ten czas :)

Latem 2012 miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach jakie prowadził świetny fotograf i portrecista Gregor Laubsch. Odbywały się one w Studiu Neptun w Gdańsku, które aktualnie funkcjonuje jako Studio Gdynia w Gdyni ;-)

Niesamowite w Azji jest to, że praktycznie każdy jest w stanie siedzieć dowolną ilość czasu w kucki. W pozycji, w której przeciętny Europejczyk, zostawiony tak na 15 minut, miałby już dość.

Oni w kucki potrafią robić wszystko -- pracować, gotować, grać w karty... i pozować do zdjęć :)

Często jest tak, że chodzi za mną chmurka. Najczęściej właśnie w górach. Taka jedna, mała, "owieczkowa" chmurka. Potem wracam do domu i przewija się na wielu zdjęciach :)

I muszę przyznać, że to nawet jest sympatyczne :)

Po moim pierwszym wyjeździe do Nepalu wpadła mi w ręce książka Davida DuChemina "W kadrze" (swoją drogą polecam). Była tam wzmianka, że chcąc zrobić konkretne zdjęcia przychodził pod stupę codziennie przez 3 dni bardzo rano.

Wiedząc, że w Kathmandu jest tzw. "Świątynia Małp" ze stupą wyglądającą tak jak na zdjęciu w książce, założyłam, że to właśnie tam. Dopiero potem, totalnie przypadkiem, okazało się, że to jednak Boudhanath. O wiele ciekawsza fotograficznie i rzeczywiście warta poświęcenia paru dni na fotografowanie. I tak dobrze, że udało nam się tam trafić na parę godzin, bo prawie byśmy ją przegapili... ;-)

Brzeg Gangesu w Varanasi jest miejscem, gdzie można znaleźć wszystko. Ja znalazłam łódkę na sznurkach ;-)

A w ogóle to robiłam w tym miejscu zdjęcia telefonem, Canonem 5d i kompaktem na slajdy. I chyba najciekawsze wyszło z telefonu... ;-)

O Taj Mahal już pisałam, a tym razem ujęcie "klasyczne". Ciekawe jest, że cała budowla nie jest idealnie w osi i tak naprawdę to ciężko złapać idealnie symetryczne ujęcie.

Szczególnie, że powyższe zdjęcie było robione analogową małpką z marnym wizjerem. Ale jednak efekt slajdów ma swój urok :)

Góry. Cóż rzec... zaraz po morzu najpiękniejsza rzecz na świecie :)

A zdjęcia z tej wycieczki są dobrą nauczką na przyszłość, żeby nie oszczędzać na filtrach połówkowych -- z różowym niebem nie bardzo jest potem co zrobić... ;-)

Most Karola jest miejscem, w którym trzeba zrobić zdjęcie, jak się jedzie na zdjęcia do Pragi. Taki fotograficzny "must have".

Powyższe zdjęcie zostało zrobione w listopadzie, było zimno (raczej ZIMNO), a tu 2,5 minuty ekspozycji! Ale muszę przyznać, że Sigma 18-50 była jaka była, ale z żadnego innego szkła mi takie gwiazdki nie wychodziły :)

Angkor Wat. Teoretycznie fotograficzny samograj, a w praktyce miejsce, w którym nie tak łatwo zrobić dobre zdjęcie. Samo bycie tam jest męczące, poczynając od nocnej pobudki, by zająć dogodną pozycję na wschód słońca (o ile właśnie nie pada, nie ma chmur i w ogóle coś widać). A potem trzeba naprawdę niezłej kondycji, żeby w sporym upale przejść (oczywiście z pomocą tuk-tuka, pieszo to byłoby niewykonalne, bo odległości między świątyniami sięgają kilkunastu kilometrów) cały teren, nie mieć dość po piątej świątyni, odnaleźć ten moment, gdy nie ma turystów w kadrze, akurat mieć dobre światło itp itd...

Mój wschód w Angor Wat nie był spektakularny jak widać na załączonym obrazku. Ale ja generalnie nie mam szczęścia do wschodów słońca ;-)

W każdym razie warto! I jeszcze kiedyś tam wrócę... :)

Teraz mały odpoczynek od dalekich krajów i wracamy do studia. Przed obiektywem Paulina, choć ciągle nie mogę się powstrzymać od skojarzenia z Alicją Bachledą-Curuś ;-)