"Mauritius został stworzony zanim powstał Raj i posłużył jako model jego budowy" -- to cytat z Marka Twaina. I chyba on głównie sprawił, że chciałam zobaczyć tę wyspę. I chociaż raju tam nie znalazłam, to na pewno było parę rajskich widoków :)

Port Louis po raz kolejny -- tym razem "od zaplecza" :)

Chyba najbardziej klimatycznym miejscem w całym Port Louis jest targ. Budynek jest bodajże trzypiętrowy, ale przecięty od parteru po sufit dwoma "korytarzami", wzdłuż których handlarze ustawiają swój towar. Przeważnie są to pieczołowicie ułożone i wypucowane owoce i warzywa.

Port Luis -- stolica "raju na Ziemi" nie jest specjalnie zachwycającym miejscem. To znaczy jest -- ale nie w tym rajskim wymiarze. To tutaj po raz pierwszy w życiu przekonałam się na własne oczy jak naprawdę wygląda rynsztok.

A całe miasto jest pomieszaniem kultur europejskich, azjatyckich i afrykańskich.

"Ziemia Siedmiu Kolorów" to naprawdę niesamowite dzieło natury -- wzgórza i hałdy pyłu wulkanicznego w przeróżnych kolorach.

W parku Pamplemousses oprócz wielu gatunków roślin jest też miejsce dla zwierząt. Jedną z atrakcji są olbrzymie żółwie.

Liście Lilii wodnej Wiktorii (Victoria Amazonica) mogą osiągać nawet metr średnicy i mieć wyporność pozwalającą utrzymać na powierzchni małe dziecko. W ogrodzie botanicznym Pamplemousses jest chyba najsłynniejszy staw z nimi.

Jak już jesteśmy przy Taj Mahal... to trzeba przyznać, że ta budowla naprawdę jest monumentalna...

Moja ulubiona perspektywa na Taj Mahal. To właśnie siedząc w tym miejscu najbardziej odczułam niesamowity spokój tego miejsca.

"Wszystkiego" na ulicach ciąg dalszy :)

Czy ja przypadkiem ostatnio nie wspominałam o "wszystkim" na ulicach Indii? :D

Dziewczynka spotkana na ulicy, krótka chwila, proste "Hello", a zdjęcie zostaje na zawsze :)

Indyjskie pociągi to temat na powieść rzekę, którą w sumie mogłabym napisać nawet po samym pokonaniu nimi odcinka Delhi-Agra-Varanasi.

Epopeja zaczyna się już od samego kupienia biletu (osobna kasa dla obcokrajowców, której trzeba się naszukać, po drodze nie dając sobie wcisnąć "pakietów turystycznych" -- z pełną świadomością tego procederu zajęło nam to ponad 3 godziny). Potem jest jeszcze ciekawiej. Na zdjęciu dopiero co podstawiony na stację pociąg "sleeper" -- najniższa klasa jaką może jechać turysta. Ale nie najniższa w ogóle. Chociaż podobno jeżdżenie na dachach jest już w miarę skutecznie eliminowane poprzez zawieszanie "bramek" nad trasą przejazdu pociągów, to jednak ludzi wystających z drzwi pociągu w pełnym biegu jeszcze widziałam.

Ciężko opisać jednym słowem ulicę w Indiach. Tam jest wszystko, prawie w dosłownym znaczeniu. Pomieszanie nowoczesności z przeszłością, zwierząt i maszyn, starych i młodych, bogatych i biednych.

A to wszystko przemieszcza się w dziwnie uporządkowanym chaosie...

Agra... Z jednej strony wspaniałość Taj Mahal, z drugiej, zaraz za płotem, prostota życia, jakby wyjęta z dawnych czasów. Proste sprzęty, życie na ulicy, kolorowe, tradycyjne stroje.